FacebookTwitterYouTubeIstagramRSS

Erupcja wulkanu na Karaibach. 20 tysięcy ludzi ucieka na sąsiednie wyspy przed popiołem i lawą

120 tysięcy mieszkańców jednej z karaibskich wysp od 3 miesięcy żyło jak na bombie z opóźnionym zapłonem obawiając się erupcji górującego nad nimi wulkanu. Właśnie do niej doszło. Przed lawą i popiołami na sąsiednie wyspy ucieka tysiące ludzi.

Fot. Pixabay.
Fot. Pixabay.

W wyspiarskim kraju Saint Vincent i Grenadyny na Karaibach w grudniu ubiegłego roku, po 42-letnim uśpieniu, zbudził się wulkan La Soufrière. Początkowo miała miejsce erupcja wylewna, w wyniku której systematycznie rosła kopuła lawowa.

120 tysięcy mieszkańców żyło z dnia na dzień jak na bombie z opóźnionym zapłonem. Nikt nie potrafił przewidzieć, jak dalej potoczy się erupcja. Wszyscy byli już zmęczeni ciągłym stanem niepewności, napięcia i zagrożenia.

Stało się najgorsze

W czwartek (8.04) w rejonie wulkanu znów zaczęła się trząść ziemia. Jak się wkrótce okazało, seria wstrząsów była ostatnią oznaką zbliżającej się potężnej erupcji, która nastąpiła w piątek (9.04) o poranku czasu lokalnego.

Mieszkańców zbudził przeraźliwy huk, a gdy wyszli z domów ujrzeli kłęby popiołu wydobywające się z krateru na wysokość nawet 12 kilometrów i przysłaniające niemal całe niebo. Pył zaczął opadać zarówno na miejscowości położone na Saint Vincent, jak i na sąsiednie wyspy, nawet na odległy Barbados.

Rozpoczęła się masowa ewakuacja 20 tysięcy mieszkańców, których wcześniej zakwalifikowano do czerwonej i pomarańczowej strefy, gdzie zagrożenie stanowią nie tylko intensywne opady popiołów, ale też spływy lawy i potoków piroklastycznych.

Część ewakuowanych zakwaterowana została w specjalnie przygotowanych schroniskach, a część, która posiadała świadectwo szczepienia przeciwko koronawirusowi, przewieziono wycieczkowcami na sąsiednie wyspy, w tym Saint Lucia, Grenadę, Barbados i Antiguę.

Opady popiołów przykrywają coraz grubszą warstwą dachy zabudowań, roślinność, drogi i samochody. Mogą one powodować skażenie ujęć wody pitnej i upraw rolniczych. Mieszkańcom odmawiającym ewakuacji zaleca się zachowanie szczególnej ostrożności.

Z tym wulkanem nie ma żartów

La Soufrière to bardzo niebezpieczny wulkan. Podczas poprzedniej erupcji w 1979 roku udało się uratować życie wielu ludzi tylko dlatego, że w porę wydano ostrzeżenia, a mieszkańcy zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy, uciekli ze swych domów.

Ostrzeżeń jednak nie było w 1902 roku i wtedy zginęło niemal 1,7 tysiąca osób. Nikt nie chce powtórki z tamtych wydarzeń, stąd poczynione aż tak daleko idące środki ostrożności i masowe ewakuacje. Ludność nie wie kiedy i czy w ogóle wróci jeszcze do swych domów.

Budzi się też niedaleki Pelée

Jakby tego było mało to oznaki budzenia się ze snu przejawia też wulkan Pelée położony na sąsiedniej Martynice. Chociaż naukowcy sądzą, że oba wulkany są ze sobą połączone, to jednak ich erupcje w tym samym czasie zdarzają się przypadkowo.

Wulkan Pelée. Fot. Wikipedia.

Ten przypadek może się powtórzyć, ponieważ od kwietnia 2019 roku obserwuje się kolejne etapy budzenia się wulkanu, od zwiększającej się częstotliwości trzęsień ziemi przez pływy magmowe aż po reaktywację systemu hydrotermalnego.

Najnowsze sygnały zaobserwowano 8 i 9 listopada 2020 roku. Chociaż jeszcze nie notuje się deformacji wulkanu na sieci obserwacyjnej, to jednak wystąpienie tych trzech różnych typów sygnałów sejsmicznych pochodzenia wulkanicznego, wskazuje na wyraźną zmianę w aktywności wulkanu Pelée, która zmierzać będzie ku erupcji.

Z tego powodu w ostatnich dniach 2020 roku wulkanolodzy podnieśli stopień zagrożenia ze strony wulkanu z 1 do 2 w 4-stopniowej skali. Żółty alarm oznacza, że naukowcy powinni wzmocnić sieć obserwacyjną i zmobilizować zasoby ludzkie w celu lepszego monitorowania i analizowania sytuacji.

Śmiercionośna erupcja

Pelée nie dawał o sobie znać od 1932 roku. Wybucha rzadko, ale prawie zawsze bardzo gwałtownie. Wydobywające się z jego krateru pióropusze popiołów i rozżarzone do czerwoności fontanny lawy pamiętają tylko najstarsi mieszkańcy.

Nic więc dziwnego, że od ostatniej erupcji populacja podnóży wulkanu wielokrotnie wzrosła, na całej wyspie do blisko 400 tysięcy. Ludność przestała się obawiać, co może się bardzo źle skończyć. Naukowcy ostrzegają, że Pelée budzi się ze snu i może być niezwykle niebezpieczny.

O tym, jak bardzo, można się było przekonać 119 lat temu. 8 maja 1902 roku wulkan wybuchł z niezwykłą mocą. Mieszanina gazów wulkanicznych rozgrzanych do niemal tysiąca stopni, popiołów i odłamków skalnych, przemieszczają się z prędkością ponad 100 km/h, zmiotła z powierzchni ziemi miasto Saint-Pierre.

30 tysięcy mieszkańców nie miało żadnych szans na ucieczkę. Gdy usłyszeli grom dźwiękowy, było już za późno. Zginęli tak, jak stali, spaleni żywcem lub przysypani popiołami na wysokość nawet kilku metrów. Erupcję przeżyły tylko 3 osoby, w tym więzień wtrącony do lochu.

Źródło: TwojaPogoda.pl / Smithsonian.

Komentarze

prognoza polsat news