FacebookTwitterYouTubeIstagramRSS

To już pewne. Radioaktywny obłok, który dotarł nad Polskę, pochodził z Rosji. „Znów nas okłamali”

Naukowcy po wielomiesięcznych badaniach potwierdzili, że radioaktywny obłok, który dotarł nad Polskę, pochodził z zakładów chemicznych w Rosji. Promieniotwórczy izotop rozprzestrzenił się po niemal całym świecie. Rosja, która wszystkiego się wyparła, znów nas wszystkich oszukała.

Fot. Max Pixel.
Fot. Max Pixel.

Bardzo mylą się wszyscy ci, którzy wierzą w to, że po ponad 30 latach od katastrofy w Czarnobylu mentalność rosyjskich władz zmieniła się na tyle, iż po każdym podobnym incydencie będziemy informowani w pełni i na bieżąco.

Na nic zdaje się nawet ostatni niezwykle popularny na całym świecie serial „Czarnobyl”, który po raz pierwszy ujawnia co tak naprawdę zdarzyło się w elektrowni atomowej w feralną noc z 25 na 26 kwietnia 1986 roku, i co przed całym światem próbowała ukryć wtedy rosyjska wierchuszka.

Dowodem na to jest incydent, do którego doszło jesienią 2017 roku. Na początku października Państwowa Agencja Atomistyki (PAA) poinformowała iż powietrzu nad Europą, w tym także nad Polską, wykryto promieniotwórczy izotop Ruten-106. Informację tę potwierdził francuski Państwowy Instytut Bezpieczeństwa Radiologicznego (IRSN), według którego radioaktywny obłok ogarnął między 27 września a 13 października większą część Europy, a Polska znalazła się wśród krajów, gdzie stężenie izotopu było podwyższone.

Stężenie izotopu Ruten-106. Czerwone kropki oznaczają źródło jego emisji. Fot. IRSN.

Przedstawiciele IRSN poinformowali, że ustalono źródło tego izotopu. Do wycieku miało dojść między górami Uralu i rzeką Wołgą, a więc w środkowo-zachodniej Rosji lub północnym Kazachstanie. 10 listopada naukowcy zwrócili się do władz obu krajów, aby ujawniły informacje, gdzie dokładnie doszło do wycieku.

Jednak dopiero w połowie listopada rosyjska służba meteorologiczno-hydrologiczna Roshydromet ujawniła, że emisja substancji promieniotwórczej miała miejsce w rejonie Czelabińska na Uralu. Stacja pomiarowa w rejonie wsi Argajasz w okresie od 25 września do 1 października miała odnotować „ekstremalnie wysokie” zanieczyszczenie izotopem Ruten-106, które ponad 986 razy przewyższało dopuszczalną normę. Krótko później Roshydromet wycofał się ze swojej informacji, zapewniając, że zanieczyszczenie nie było szkodliwe.

Nie podano z jakiego dokładnie zakładu pochodziła radioaktywna chmura, która dotarła nad Europę. Naukowcy oraz organizacje ekologiczne przeprowadziły własne śledztwo, z którego wynikło, że źródłem emisji najprawdopodobniej były okolice miasta Oziorsk znane dawniej „Czelabińsk-40”, a później „Czelabińsk-65" oraz sąsiednie miasto Kysztym.

Budynek zarządu kombinatu Majak. Fot. poemak.ru

W ich rejonie znajduje się kombinat chemiczny Majak (pol. Latarnia). Organizacja Greenpeace Rosja zwróciła się do prokuratury z prośbą o sprawdzenie, czy w zakładach doszło do emisji Rutenu-106. Jednak prośby ekologów na niewiele się zdały, bo Państwowa Korporacja Energii Jądrowej Rosatom ani myślała o wskazaniu winnego, wciąż zaprzeczając, że w zakładach doszło do jakiegokolwiek incydentu.

Państwowa Korporacja Energii Jądrowej Rosatom w grudniu 2017 roku zaprosiła do Oziorska grupę 20 dziennikarzy, ale po pierwsze pochodzili oni z zupełnie nieznanych mediów lokalnych w Rosji, a po drugie ich badania potwierdziły tylko to, co wcześniej powtarzali przedstawiciele Rosatomu.

Rosyjskie władze powołały specjalną komisję, której celem było zbadanie źródła wycieku. W końcowym raporcie jej przedstawiciele stwierdzili, że brakuje dowodów na potwierdzenie, że doszło do niego w zakładach Majak.

Fot. Max Pixel.

W lutym 2018 roku do sprawy odniósł się oficjalnie Francuski Instytut Radioprotekcji i Bezpieczeństwa Jądrowego (IRSN). Jego przedstawiciele stwierdzili w oświadczeniu, że „jedną z możliwych hipotez był wyciek, do którego doszło na skutek incydentu podczas operacji z udziałem radioaktywnego paliwa chłodzonego w kompleksie Majak, który znajduje się w obszarze między Wołgą a Uralem”.

W niektórych rosyjskich mediach pojawiła się wtedy informacja przekazana z Rosatomu, że przyczyną skażenia mógł być upadek bliżej nieokreślonego satelity, napędzanego rutenem. Jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej przy ONZ jednoznacznie wskazała, że żadne szczątki satelitów w tym okresie na terytorium Rosji nie spadały, jednocześnie odrzucając teorię Rosatomu.

Według francuskiego Państwowego Instytutu Bezpieczeństwa Radiologicznego (IRSN) na przełomie września i października 2017 roku do atmosfery wydostała się duża ilość Rutenu-106, od 100 do 300 terabekereli. Dzisiaj wiemy, że w rzeczywistości emisja była jeszcze większa.

Mapa nieskorygowanych średnich stężeń izotopu Ruten-106 na stacjach europejskich (po lewej) oraz mapa 7-dniowych skorygowanych średnich stężeń. Fot. PNAS.

W ostatnich dniach na łamach pisma branżowego „Proceedings of the National Academy of Sciences” naukowcy po 1,5-rocznych badaniach wskazują właśnie na zakłady Majak, jako źródło skażenia. Nie ma już co do tej lokalizacji żadnych wątpliwości. Naukowcy dysponują dowodami, które chcą przedstawić rosyjskiej komisji.

Badacze z Uniwersytetu Leibniza w Hanowerze w Niemczech stwierdzili, że do uwolnienia izotopu musiało dojść podczas nieudanej próby stworzenia wysoce radioaktywnego materiału potrzebnego do eksperymentu na neutrinach, cząstkach subatomowych.

Ponad 1300 pomiarów z całego świata wykazało, że do atmosfery trafiło od 250 do 400 terabekereli radioaktywnego rutenu-106 o okresie półtrwania 374 dni. Całkowita radioaktywność uwolniona podczas wycieku była od 30 do 100 razy wyższa od poziomu promieniowania uwolnionego po katastrofie w elektrowni atomowej w Fukushimie w Japonii po trzęsieniu ziemi i uderzeniu tsunami 11 marca 2011 roku. Do tragedii nie doszło tylko dlatego, że chmura izotopu była dużo bardziej rozdrobniona niż w przypadku Czarnobyla czy Fukushimy.

Grupa rosyjskich dziennikarzy zaproszona do kompleksu Majak. Fot. po-mayak.ru

Gdyby do podobnego wycieku doszło w Polsce, konieczna okazałaby się ewakuacja ludności w promieniu przynajmniej kilku kilometrów od miejsca emisji tego izotopu. Tymczasem rosyjskie służby ujawniły blisko 1000-krotne przekroczenie dopuszczalnych norm emisji radioaktywnego izotopu z aż 2-miesięcznym opóźnieniem. Wciąż nie wiadomo czy miejscowa ludność została napromieniowana, i czy w ogóle została o awarii poinformowana.

Według naukowców doszło do nieprawidłowej utylizacji tej substancji, np. poprzez jej spalenie. Z całą pewnością nie była to awaria reaktora atomowego, ponieważ w powietrzu razem z Rutenem-106 pojawiłyby się też inne izotopy promieniotwórcze.

Radioaktywna chmura dotarła nad Polskę i rozprzestrzeniła się po całej Europie. Największe stężenie groźnej substancji odnotowano w środkowej i środkowo-wschodniej części kontynentu, m.in. w Rumunii. Z czasem dotarła do południowej Azji, nad kraje Bliskiego Wschodu, a nawet nad Wyspy Karaibskie.

Fot. Max Pixel.

W przeciwieństwie do mieszkańców okolic Czelabińska, w Polsce ilość izotopu w powietrzu nie była duża. Krajowa sieć stacji poboru aerozoli wykryła w powietrzu nad naszym krajem Ruten-106 w stężeniu 6,4 mBq/m3. To bardzo niewielka ilość, nie stanowiąca dla ludzkiego zdrowia i środowiska naturalnego żadnego zagrożenia. Nie było więc żadnej potrzeby przyjmowania preparatów z jodem, w tym np. słynnego płynu lugola. Skażenie było tylko tymczasowe.

Jednak incydent pokazuje, że mimo wyjątkowo zaostrzonych kontroli w placówkach na co dzień zajmujących się substancjami radioaktywnymi, a także w cieniu katastrofy czarnobylskiej, nadal nie jesteśmy wolni od zagrożenia, zwłaszcza, że o jego źródle dowiadujemy się z opóźnieniem, a winowajcy wciąż nie udało się zidentyfikować i ukarać.

Miejsce tragicznych katastrof jądrowych

Obszar ten skrywa ponurą tajemnicę. Po 1940 roku obok miasta powstała wielka fabryka pocisków, która nosiła nazwę Majak. Odmieniła ona nie do poznania oblicze tej okolicy. Wszystko dlatego, że w kolejnych wielu latach doszło tam do aż trzech katastrof jądrowych.

Budowa instalacji do przechowywania materiałów radioaktywnych w zakładach Majak. Fot. US Army Corps of Engineers.

W 1957 roku miał miejsce wybuch podziemnego zbiornika wysoko radioaktywnych odpadów płynnych. Skażenie było tak silne, że ludziom schodziła skóra, dostawali straszliwych wysypek i poparzeń. Zginęło 200 osób, 10 tysięcy ewakuowano, a na promieniowanie narażonych było w sumie 470 tysięcy ludzi.

Według najnowszych badań niewykluczone, że liczba ofiar śmiertelnych była znacznie większa, sięgająca nawet 10 tysięcy. Jeden z biogenetyków, który uciekł z ZSRR do USA, wyjawił opinii publicznej całą prawdę o rosyjskim incydencie, znanym bardziej jako "Katastrofa kysztymska".

W zakładach Majak znajdowały się ogromne zbiorniki wypełnione tonami radioaktywnych odpadów. W dniu katastrofy, w jednym z takich kontenerów doszło do awarii układu chłodzenia, w wyniku czego temperatura atomowego szlamu gwałtownie wzrosła. Niestety, pracownicy fabryki zbyt późno zorientowali się, co się stało, i już nic nie mogli zrobić.

Instalacje przechowywania materiałów rozszczepialnych w Majaku. Fot. Carl Anderson / US Army Corps of Engineers.

Ogromne ciśnienie rozerwało stalowy zbiornik umieszczony około 8 metrów pod ziemią i przykryty betonową płytą. Eksplozja była tak potężna, że uszkodzone zostały wszystkie kontenery wypełnione radioaktywnymi odpadami, wydostała się z nich tysiące ton zabójczych substancji, które wzbiły się w niebo, mieniąc się najróżniejszymi barwami.

Okazuje się, że oprócz działalności ludzkiej, głównym mechanizmem zapłonowym były również zjawiska pogodowe. W trakcie katastrofy nad okolicą przeszły potężne ulewy, które spowodowały, że radioaktywne ścieki dostały się do miejscowej rzeki, a stamtąd do tysięcy domostw. Swój udział w tej tragedii miał również porywisty wiatr. Przeniósł on radioaktywne pyły z dna wyschniętego jeziora Karaczaj nad miasto.

Zdjęcie satelitarne kompleksu Majak. Fot. Jan Rieke / NASA.

Co ciekawe, po latach okazało się, że o zdarzeniu doskonale wiedziała CIA. Agencja nie ujawniła jednak informacji o wybuchu, gdyż nie chciała pokazać, że bacznie śledzi cały radziecki program jądrowy. Rząd obawiał się również, że groźba awarii wzbudzi w amerykańskim społeczeństwie niechęć wobec rozbudowy własnych instalacji nuklearnych.

Ostatecznie prawda o katastrofie kysztymskiej została ujawniona w roku 1992 przez prezydenta Borysa Jelcyna. Władze rosyjskie oficjalnie przyznały się też do istnienia ośrodka Majak i miasta Czelabińsk-65, który dziś nosi nazwę Oziorsk. Miejscowość ta do dziś jest miastem zamkniętym i wciąż należy do rosyjskiej agencji energii atomowej Rosatom.

Źródło: TwojaPogoda.pl / PNAS / IRSN / PAA / MAEA.

Komentarze

prognoza polsat news