30 października 2008, 10:05

Arktyka oczami Marka Szymochy

Postanowiliśmy sprawdzić jak radzą sobie członkowie wyprawy polarnej PAN. Jak wygląda ich codzienne życie na stacji, jak pracują i jakie mają sposoby na przetrwanie nocy polarnej z dala od domu i rodziny, 3 tysiące kilometrów na północ od Polski. Specjalnie dla nas opowie o tym Marek Szymocha, kierownik XXXI wyprawy polarnej Polskiej Akademii Nauk do Hornsundu.

Wielu z nas nie ma pojęcia o tym, że w Arktyce swoje badania naukowe prowadzą także Polacy. Nasi rodacy od 1957 roku zamieszkują bazę polarną położoną w fiordzie Hornsund nad wyspie Spitsbergen Zachodni w arktycznej części Norwegii. Przez cały rok stawiają czoła najbardziej ekstremalnym zjawiskom pogodowym. Podczas trwania nocy polarnej przez wiele tygodni panują całkowite ciemności, temperatura spada nawet do minus 25 stopni, wiatr wieje z siłą huraganu, a przy tym występują potężne śnieżyce.

Wraz z rozpoczynającą się nocą polarną zaczyna się najtrudniejszy okres dla uczestników XXXI wyprawy. Co przyniesie?

Marek Szymocha: Niekoniecznie najtrudniejszy. Jesteśmy dobrze przygotowani do zimowania. Mamy zapasy paliwa na ponad 2 lata i zapasy żywności na dłużej niż rok. Latem wykonaliśmy liczne prace remontowe przygotowujące bazę do zimy. Wprawdzie noc trwająca tutaj od końca października do połowy lutego przynosi wiele zagrożeń, to jesteśmy do niej dobrze przygotowani. Mamy odpowiednie ubranie i sprzęt. Każdy jest przeszkolony w posługiwaniu się bronią palną na wypadek spotkania niedźwiedzia polarnego. Wizyty tych zwierząt są stosunkowo częste i stosujemy w pierwszej kolejności środki odstraszające, np. rakietnice. Mamy także 4 psy, które podczas ciemności ostrzegają przed zbliżającym się drapieżnikiem. Wychodzenie z bazy bez broni jest w ogóle niedozwolone. Noc przynosi także wspaniałe przeżycia estetyczne podczas obserwacji spektakularnych zórz polarnych. Nie boimy się nocy, która właśnie się rozpoczęła.

Dla niektórych uczestników wyprawy będzie to pierwszy kontakt z tak ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi jak temperatura rzędu minus 20 stopni przy huraganowym wietrze i opadach śniegu. Czy są oni dobrze przygotowani, aby przetrwać to fizycznie i psychicznie?

Marek Szymocha: Temperatury bywają jeszcze niższe, ale rzeczywiście rejon Spitsbergenu ogrzewany przez ciepły prąd zachodniospitsbergeński, który jest odnogą słynnego prądu zatokowego, wyraźnie łagodzi tutejszy klimat i temperatury nie są tak niskie jak na tych samych szerokościach geograficznych w Kanadzie czy na Syberii. Dokuczliwe są za to silne wiatry, dochodzące do 30-40 m/s (110-145 km/h). Przy takich prędkościach wiatru i temperaturze minus 25-30 stopni Celsjusza, odczuwalna temperatura oscyluje gdzieś wokół minus 70 stopni. Nie można wtedy wyjść na zewnątrz bazy bez maski na twarzy, ponieważ można w takich warunkach twarz stracić. Podczas ekstremalnych wiatrów unikamy wychodzenia z bazy i prace terenowe staramy się planować w oparciu o bardziej sprzyjające prognozy pogody. Pogoda na Spitsbergenie jest wyjątkowo zmienna i wyruszając w teren zawsze musimy być przygotowani na najgorsze warunki.

Podczas nocy polarnej wydawałoby się, że z powodu warunków atmosferycznych jest mniej pracy niż w okresie letnim. Czy to prawda?

Marek Szymocha: To prawda. Duże prace remontowe i budowlane wykonywane są wyłącznie latem, kiedy jest dzień i temperatury dodatnie. W czasie nocy w zasadzie prowadzi się tylko rutynowe obserwacje w laboratoriach stacji i w jej okolicy, a także na pobliskich lodowcach w promieniu kilkunastu kilometrów. Oczywiście awarie musimy usuwać bez względu na pogodę i ciemności. Jednak prace ogólnogospodarcze ograniczają się do wnętrza stacji i sporadycznie na zewnątrz, np. podczas noszenia śniegu, z którego topimy wodę użytkową. W razie niedostatku śniegu w sąsiedztwie stacji, wozimy małe górki lodowe z brzegu morza. Lód taki zawiera sprężone bąbelki powietrza uwięzione w czasie opadu śniegu sprzed kilkuset lat. Stary śnieg zasypywany kolejnymi opadami zamieniał się w lód. Następnie był transportowany setki lat w cielsku lodowca w rejon naszej stacji, gdzie teraz w spektakularny sposób odpada od czoła lodowca do morza. Proces ten nazywamy cieleniem lodowca. Wynikiem tego są pływające góry lodowe w pobliżu klifu lodowca, które często rozpadają się na mniejsze kawałki i częściowo są wyrzucane na brzeg koło stacji. Stanowią one zapas znakomitej jakości słodkiej wody pochodzącej z opadów śniegu nawet z czasów bitwy pod Grunwaldem.

Jako uczestnik wyprawy jest Pan po raz drugi w Hornsundzie. Czy tym razem jest łatwiej niż poprzednio, czy też do lodowej krainy trudno się przyzwyczaić?

Marek Szymocha: Prawdę mówiąc jestem tutaj po raz trzeci, natomiast drugi raz zimuję. Pomiędzy zimowaniami byłem w Hornsundzie na krótko, kiedy zainstalowałem zegar słoneczny własnej konstrukcji na jubileusz 2000 roku. Jednym z moich hobby jest bowiem konstruowanie i budowanie zegarów słonecznych. Niektóre realizacje na stronie www.gnomonica.com. Zegar zainstalowany w Hornsundzie był moją pierwszą taką konstrukcją i z tego co wiem był także pierwszym na świecie 24 godzinnym zegarem słonecznym. Na pewno był on także pierwszym tego typu obiektem na Spitsbergenie, zanim nie powstał drugi kilka lat później w Longyearbyen. Wracając do pytania jest teraz i łatwiej i trudniej jednocześnie. Łatwiej, ponieważ mamy nowoczesne środki łączności satelitarnej, mamy stałe łącze internetowe, TV, radio, etc. Nie ma więc poczucia izolacji. Przez to jest także bezpieczniej, bo możemy w razie choroby lub wypadku szybko wezwać helikopter ratunkowy. Poprawiły się warunki bytowe. Trudniej natomiast jest z powodu większej ilości pracy i obowiązków szczególnie podczas lata. Nasza wyprawa przybyła do Hornsundu w kulminacyjnym momencie Międzynarodowego Roku Polarnego. Liczba osób mieszkających i odwiedzających stację była naprawdę duża. Zanotowałem dzień, kiedy na stacji było jednocześnie prawie 70 osób, a mamy tylko około 45 miejsc noclegowych. Na szczęście pozostali składali nam tylko krótkie wizyty, wracając do swoich terenowych baz w rejonie fiordu. Nie wliczam w to turystów przypływających licznie jachtami i statkami aby stację zwiedzić. Latem mieliśmy kilka oficjalnych wizyt kilkudziesięcioosobowych grup Norwegów ze sfer rządowych i parlamentarnych. Byli także dyrektorzy największych firm norweskich, profesorowie i rektorzy wielu uniwersytetów. Odwiedził nas również polski Ambasador w Norwegii. Na stacji przebywało kilkadziesiąt grup badawczych z Polski i zagranicy. Wszystko to sprawiło, że nie było chwili wolnego czasu przez cały sezon letni. Dyspozycyjność 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę (w dzień polarny goście przybywali nawet po północy i nad ranem) bywała naprawdę wyczerpująca, ale teraz jest już spokojniej. Zostaliśmy w małym gronie 9 zimowników i odbieramy premie wolnego czasu za intensywny okres dnia polarnego. Warto przypomnieć, że od tego roku Polska Stacja Polarna w Hornsundzie otrzymała oficjalnie imię jej założyciela, prof. Stanisława Siedleckiego.

Przebywanie przez prawie 12 miesięcy z dala od domu i rodziny w nieprzyjaznym człowiekowi miejscu potrafi wywołać depresję. W jaki sposób członkowie wyprawy potrafią przetrwać takie warunki?

Marek Szymocha: Nie jest mi znane pojęcie depresji. Warunki mamy niemal domowe. Jest kontakt ze światem za pomocą wymienionych już środków łączności. Można w dowolnej chwili porozmawiać, a nawet zobaczyć w kamerze internetowej przyjaciół i rodzinę z Polski. Poczucie całkowitego odizolowania w Arktyce już jest nieaktualne. Osobiście miło wspominam pierwsze zimowanie w 1996 roku, kiedy łączność nawiązywaliśmy za pomocą starej radiostacji „Mewa”, która często nie działała, aż w końcu się zepsuła. To był najciekawszy okres mojego pobytu na Spitsbergenie, ponieważ nie docierały do nas żadne informacje ze świata, ani też świat o nas nic nie wiedział. Tego już dziś nie można powtórzyć.

Pana pasją jest astronomia, podróże, fotografia i... filozofia. Jakie myśli rodzą się w głowie w tak malowniczej scenerii?

Marek Szymocha: Zastanawiam się często skąd bierze się fenomen Arktyki, który każe ludziom tutaj powracać. Podróżowałem po wielu krajach strefy tropikalnej i równikowej, gdzie przyroda jest o wiele bardziej bogata i kolorowa, ale mimo to na pozór czarno-biała Arktyka najsilniej na mnie oddziałuje. W środowisku badaczy Arktyki mówi się o „bakcylu polarnym”, który nie pozwala zerwać z nałogiem częstych powrotów w ten rejon świata. Arktyka wywołuje skrajne uczucia. Są tacy, których bakcyl polarny nie dotyka i oni nigdy nie wracają w te rejony, kiepsko znosząc zimno i surowość klimatu. Jednak znakomita  większość znanych mi polarników jest „zarażona” nałogiem powrotów na Spitsbergen. Fiord Hornsund, gdzie usytuowana jest Polska Stacja Polarna uchodzi za jedno z najpiękniejszych miejsc w całym archipelagu. Praca w takim środowisku dostarcza nieustannych doznań estetycznych. Pogoda i sceneria zmieniają się nadzwyczaj szybko budząc podziw i zachwyt osób wrażliwych na piękno. Może właśnie to uzależnia. Nie wiem. Bywają oczywiście momenty bardzo trudne i niebezpieczne, ale ludzka pamięć jest selektywna i na trwale pozostają tylko dobre wspomnienia.

Niewielu ludzi w Polsce wie, że na Arktyce przez cały rok ich rodacy badają tak odległe nam środowisko. Co udało się Polakom odkryć i czy mamy już jakieś sukcesy?

Marek Szymocha: Pojęcie sukcesu w nauce jest trudne do zdefiniowania. Badania systematyczne i wyniki mniej spektakularne są równie ważne dla rozwoju nauki, ponieważ to m.in. dzięki nim Nobliści dochodzą do wielkich odkryć. Czy kilkadziesiąt lat temu ktoś mógł przewidzieć, że systematyczne pomiary zawartości ozonu w atmosferze mają jakieś istotne znaczenie? Podejrzewam, że nikogo to wtedy nie ekscytowało. Dopiero niedawno okazało się jak kluczowe znaczenie miały tamte pomiary, bo dzięki nim możemy dowiedzieć się o zmianach zawartości ozonu w atmosferze. Nie chciałbym wymieniać licznych osiągnięć polskich polarników, ponieważ mógłbym kogoś pominąć. W czasie lata pracuje na Spitsbergenie około setka naukowców z Polski. Wyrecytowanie wszystkich osiągnięć byłoby niemożliwe. Powiem tylko że nasza aktywność na Spitsbergenie jest największa zaraz po norweskiej. Badania w tym rejonie stały się specjalnością badaczy z Polski. Stacja polarna w Hornsundzie stanowi bazę naukową dla coraz większej liczby zagranicznych ekip. Została ona zmodernizowana i rozbudowana w ciągu kilku ostatnich lat. Rejon Hornsundu został uznany przez Unię Europejską za jedno z 6 flagowych miejsc w Europie do badań bioróżnorodności, również dlatego, ze doceniono dbałość o ochronę środowiska w polskiej stacji. Mamy jedyną na całym Spitsbergenie oczyszczalnię ścieków oraz ekologiczną spalarkę śmieci. Wszystko to przyciąga naukowców poszukujących nieskażonego środowiska do swoich badań. Międzynarodowy Rok Polarny jeszcze się nie skończył. Wyniki będą analizowane i publikowane jeszcze długo po oficjalnym zamknięciu tej międzynarodowej akcji.

Każdego z pewnością ciekawi jak wygląda codzienne życie na stacji polarnej. Czy można uchylić rąbka tajemnicy?

Marek Szymocha: Nasza stacja jest miejscem pracy, ale i zarazem domem. Łączymy więc obowiązki zawodowe z pracami gospodarczymi. Latem jest sporo remontów i pomagamy ekipom technicznym w pracach fizycznych. Umiejętności manualne są tutaj bardzo pożądane, bo wszelkie awarie trzeba usuwać samodzielnie. Nie można pójść do sklepu i kupić dowolną część zapasową. Nie można wezwać serwisu. Często musimy sami wyprodukować różne części do zepsutych urządzeń, a nawet zbudować narzędzie, żeby za jego pomocą wytworzyć jakiś przedmiot. Najprostsze umiejętności, nawet takie jak szycie czy cerowanie są tutaj bardzo ważne. Sami też gotujemy obiady, bo nie ma  kucharza poza okresem letnim. Każdy bez
względu na pełnione funkcje, pełni w stacji 24 godzinny dyżur, podczas którego przygotowuje posiłki dla całej załogi, myje naczynia i sprząta całą bazę. Odbywa się to w cyklu rotacyjnym. Najważniejsza jest praca zespołowa. Bez zgranej grupy ludzi, którzy sobie wzajemnie pomagają nie ma mowy o udanej wyprawie. Możemy się pochwalić, że stanowimy zgrany zespół, nie tylko w naszej opinii, ale też osób z zewnątrz, które tutaj przebywały i zwracały na to uwagę. To bardzo cenne.

Podczas pierwszej Pańskiej wyprawy na Spitsbergen w 1996 roku jej członkowie byli starszymi, doświadczonymi ludźmi. Obecnie grupa składa się z wielu młodszych osób. Po raz pierwszy chyba w całej historii w wyprawie uczestniczą dwie kobiety. Czy poziom wiekowy ma wpływ na zgranie członków wyprawy i jak wpływa to na jakość badań?

Marek Szymocha: Nie zauważyłem, aby wiek uczestników wyprawy jakościowo wpływał na poziom pomiarów, jakie wykonujemy. Rzeczywiście średnia wieku jest teraz niższa i dołączyły do nas dwie kobiety. To jednak nie wpływa widocznie na jakość naszych badań. Udział kobiet był dyskutowany w środowisku polarnym i zdecydowana większość polarników była i jest przeciwna takiemu eksperymentowi. Cieszę się, że po 4 miesiącach, które minęły od początku wyprawy, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że zabranie kobiet było dobrą decyzją. Panie nie tylko świetnie radzą sobie z obowiązkami zawodowymi, ale także wnoszą wiele dobrego w obyczajowość na stacji. Od uczestników wypraw polarnych wymaga się często pracy fizycznej. W tej kategorii nasze koleżanki także się spisują. Mam nadzieję, że tak będzie do końca wyprawy i dzięki temu obalimy przestarzały mit o małej przydatności kobiet w wyprawach polarnych. Czasy się zmieniły.

Czy zamierza Pan jeszcze w przyszłości powrócić do bazy w Hornsundzie? Niektórzy polarnicy byli tam pięciokrotnie.

Marek Szymocha: Tego nie wiem, ponieważ nie zależy to tylko ode mnie. Proces rekrutacji prowadzony jest każdego roku przez nowego kierownika wyznaczonego w drodze konkursu oraz przez przedstawicieli pracodawcy, czyli Zakładu Badań Polarnych i Morskich IFG PAN w Warszawie. Od wyników mojej pracy w tym sezonie zależeć będzie, czy zostanę ponownie zaproszony do udziału w następnych wyprawach polarnych. Osoby które się tutaj sprawdziły mają otwartą drogę do kolejnych wypraw, ponieważ bardzo liczy się doświadczenie i nabyte umiejętności. Niemniej jednak udział nowych osób jest równie ważny. W naszej ekipie jest co najmniej kilka nowych postaci, które wg mojej oceny mają duży potencjał i nie wahałbym się ich rekomendować do kolejnych wypraw. Trzeba dawać szanse młodym ludziom. Czy zasłużę na to, żeby być uczestnikiem następnej wyprawy, okaże się tak naprawdę dopiero po powrocie do kraju, kiedy podsumowane zostaną wyniki naszej XXXI wyprawy PAN. Zobaczymy.

Marek Szymocha jest absolwentem Politechniki Śląskiej. Jego pasją są podróże, fotografia, a także zegary słoneczne. Zwiedził wiele regionów świata, od obszarów polarnych po strefę tropikalną. Po raz pierwszy był uczestnikiem wyprawy polarnej PAN na Spitsbergen w 1996 roku, gdzie zajmował się m.in. badaniem jonosfery za pomocą radaru jonosferycznego poprzez pionowe sondowanie impulsami wielkiej częstotliwości. Od lipca 2008 do czerwca 2009 roku był kierownikiem XXXI wyprawy polarnej PAN na Spitsbergen.

autopromocja

Pozostałe wiadomości

thumbnail

Pogoda na żywo: Najnowsze wieści przez całą dobę

Dzisiaj, 08:30

Przez całą dobę, na żywo, monitorujemy to, co dzieje się w pogodzie w Polsce i na całym świecie. Jeśli w Waszej okolicy zdarzyło się coś ciekawego, czym chcecie się podzielić z innymi, to wysyłajcie do nas zdjęcia, filmiki i informacje. Z nami będziecie na bieżąco!

thumbnail

Mróz jest znacznie groźniejszy niż upał. Wkrótce to się zmieni

Dzisiaj, 07:02

Fale upałów nie są tak niebezpieczne, jak dotąd sądzono. Znacznie poważniejsze zagrożenie dla naszego zdrowia i życia stanowi nie upał, lecz mróz. Najnowsze analizy naukowe rzucają nowe światło na zagrożenie ze strony zmian klimatycznych.

thumbnail

Wraca trujący smog i to ze zdwojoną mocą. Dlaczego?

Wczoraj, 09:34

Podczas poprzedniej fali mrozów towarzyszył nam porywisty wiatr, który wietrzył nasze miejscowości, nie dopuszczając do zagęszczania się smogu. Ten pojawił się, gdy wiatr osłabł, ale na krótko. Tym razem sytuacja będzie dużo gorsza, bo wiatr całkowicie ucichł.

thumbnail

Fala mrozów w Europie wywołała epidemię grypy

Wczoraj, 08:11

Nietypowe mrozy, które panują w Europie od drugiej połowy grudnia dają się we znaki wielu mieszkańcom, zwłaszcza zachodniej części kontynentu. W kilku krajach chorych jest tak dużo, że szpitale są przepełnione, a władze ogłosiły epidemię. Czy dotrze ona do Polski?

thumbnail

Zobacz, jak wstaje dzień w Europie na zdjęciu satelitarnym

Wczoraj, 07:50

Wczoraj pokazaliśmy Wam, jak nad Europą zapada zmrok. Dzisiaj dla odmiany pokażemy, jak wstaje dzień. Jak myślicie? W którym regionie Polski najwcześniej zaczyna się robić jasno, a gdzie najpóźniej? Jak duże są różnice czasowe? Zobaczcie animację zdjęć satelitarnych.

Komentarze

Dodaj komentarz

lillepolsketrollet | 2011-11-04, 20:41

Fenomen Arktyki

Rowniez sie zastanawiam skad sie bierze ten fenomen Arktyki. Sam mieszkam w Longyearbyen od 2 miesiecy i na sama mysl o powrocie na staly lad robi mi sie smutno. Mam nadzieje, ze w przyszlosci bede tu mogl zamieszkac na stale (obecnie mam prawie 18 lat i przylecialem tutaj na rok do szkoly).

Piotr Ślaski | 2011-11-04, 16:04

Ciekawy

Ciekawy wywiad :)

Piter | 2011-11-04, 09:21

Super

Super wywiad,wciągnął mnie na maksa. I zazdroszczę tym ludzią co tam byli...:( co bym dał by tam być!!!! Ale to tylko moje nie spełnione na pewno nigdy marzenie.....

baikonur | 2011-11-03, 20:26

dzięki

Dzięki za interesujący wywiad.